Rozwój osobisty z założenia brzmi dobrze. Chcemy lepiej siebie rozumieć, budować zdrowsze nawyki, uczyć się stawiać granice, dbać o ciało, rozwijać kompetencje, pracować nad relacjami. Problem zaczyna się nie wtedy, kiedy chcemy się rozwijać, ale wtedy, kiedy rozwój przestaje być wyborem, a zaczyna przypominać obowiązek. Nagle niemal każda część życia może stać się kolejnym obszarem do zoptymalizowania. Możesz lepiej jeść. Więcej się ruszać. Regularniej medytować. Czytać więcej książek. Lepiej zarządzać czasem. Lepiej regulować emocje. Lepiej odpoczywać. Mieć lepszą poranną rutynę i jeszcze lepszą wieczorną. Nawet wolny wieczór potrafi wyglądać tak: „Dzisiaj naprawdę odpoczywam”. A kilka minut później pojawia się: może zrobię trening? Skoro mam czas, mogłabym pomedytować. Dawno niczego nie czytałam. Może jeszcze journaling? I zanim się obejrzysz, odpoczynek również stał się projektem rozwojowym. Żadna z tych rzeczy sama w sobie nie jest problemem. Trening może Ci służyć. Medytacja może Ci służyć. Terapia, książki, świadoma praca nad sobą czy zmiana nawyków również mogą być wartościowe. Warto jednak od czasu do czasu zapytać nie tylko: „Co jeszcze mogę w sobie poprawić?”, ale również: „Dlaczego właściwie chcę to poprawiać?”.
Kiedy nawet odpoczynek staje się zadaniem do wykonania
Żyjemy w rzeczywistości, w której bardzo łatwo zamienić niemal wszystko w projekt. Można mierzyć sen, kroki, treningi, kalorie, czas skupienia, przeczytane książki, wykonane zadania, nawyki i kolejne cele. Można stworzyć plan rozwoju zawodowego, osobistego, emocjonalnego, fizycznego i finansowego. Same narzędzia nie są złe. Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynamy patrzeć na siebie głównie przez pryzmat tego, co jeszcze można poprawić. Wtedy nawet rzeczy, które miały nam służyć, zaczynają generować presję. Nie zrobiłam treningu. Nie przeczytałam książki. Nie medytowałam. Znowu nie trzymałam rutyny. Nie wykorzystałam dobrze wolnego czasu. I nagle zamiast odpoczywać, oceniasz jakość swojego odpoczynku. Zamiast zjeść posiłek, zastanawiasz się, czy był wystarczająco „dobry”. Zamiast przeczytać książkę z ciekawości, czytasz ją dlatego, że przecież powinnaś się rozwijać. Granica między dbaniem o siebie a zarządzaniem sobą jak niekończącym się projektem potrafi być bardzo cienka.
„Lepsza wersja siebie” — idea, która może nie mieć mety
Hasło „stań się najlepszą wersją siebie” brzmi motywująco. Jest w nim jednak pewna pułapka. Bo jeśli zawsze istnieje jakaś lepsza wersja Ciebie, to kim jest ta obecna? Łatwo zacząć traktować ją jak etap przejściowy. Jeszcze trochę schudnę. Jeszcze nauczę się lepiej stawiać granice. Jeszcze uporządkuję finanse. Jeszcze będę bardziej konsekwentna. Jeszcze popracuję nad pewnością siebie. Jeszcze przestanę odkładać rzeczy. Jeszcze nauczę się odpoczywać. I wtedy… no właśnie. Co wtedy? Bardzo często za jednym celem pojawia się następny. Nie dlatego, że rozwój ma coś złego w sobie, tylko dlatego, że człowiek zawsze będzie mógł znaleźć kolejny obszar, który da się ulepszyć. Jeżeli więc pozwolisz sobie być ze sobą w porządku dopiero wtedy, kiedy skończysz nad sobą pracować, możesz czekać bardzo długo. Może nawet całe życie. Warto więc odwrócić tę logikę. Nie: „Kiedy wreszcie stanę się odpowiednią wersją siebie, będę mogła siebie zaakceptować”, ale: „Mogę być po swojej stronie już teraz i jednocześnie decydować, co chcę zmieniać”.
Rozwój z ciekawości a rozwój z poczucia, że coś jest ze mną nie tak
Dwie osoby mogą robić dokładnie to samo z zupełnie innych powodów. Możesz ćwiczyć, ponieważ lubisz czuć się silniejsza, chcesz zadbać o zdrowie albo dobrze się czujesz po ruchu. Możesz również ćwiczyć z ciągłym poczuciem, że Twoje ciało jest niewystarczające i trzeba je wreszcie „naprawić”. Możesz uczyć się języka, ponieważ otwiera Ci nowe możliwości i sprawia Ci satysfakcję. Możesz też uczyć się, cały czas myśląc, że powinnaś już umieć więcej. Możesz pracować nad stawianiem granic, ponieważ widzisz, że poprawi to jakość Twoich relacji. Możesz też przeglądać kolejne treści psychologiczne i bez końca szukać następnej rzeczy, która jest z Tobą „nie tak”. Z zewnątrz zachowanie może wyglądać identycznie. Różnica pojawia się w relacji, jaką masz ze sobą podczas tego procesu. Dobrym testem bywa nie tylko pytanie „dlaczego to robię?”, ale również: „Co mówię do siebie, kiedy tego nie robię?”. Jeśli jeden opuszczony trening natychmiast uruchamia ocenę własnego charakteru, dzień bez produktywności wywołuje poczucie winy, a odpoczynek trzeba najpierw „zasłużyć”, warto przyjrzeć się temu, czy rozwój nadal Ci służy, czy powoli zaczyna być kolejnym systemem wymagań.
Czy samoakceptacja oznacza, że przestajesz się rozwijać?
Tutaj często pojawia się obawa: jeśli zaakceptuję siebie taką, jaka jestem, to może przestanę cokolwiek zmieniać. Po co ćwiczyć, pracować nad nawykami albo mierzyć się ze swoimi trudnościami, skoro mam powiedzieć sobie: „jestem OK”? Tyle że akceptacja nie musi oznaczać bierności. Możesz jednocześnie uznawać swoją obecną wartość i widzieć zachowanie, które Ci nie służy. Możesz nie nienawidzić swojego ciała i chcieć poprawić kondycję. Możesz nie uważać się za beznadziejną w relacjach i jednocześnie uczyć się stawiania granic. Możesz potraktować popełniony błąd poważnie bez zamieniania go w dowód na to, że coś jest z Tobą fundamentalnie nie tak. To nie jest wyłącznie ładna idea. Badania nad samowspółczuciem pokazują, że bardziej wspierające podejście do siebie nie musi osłabiać motywacji do zmiany. W serii czterech eksperymentów osoby kierowane w stronę bardziej współczującego podejścia do własnych błędów i słabości wykazywały większą motywację do poprawy w badanych sytuacjach. Szerszy przegląd badań nad self-compassion również wskazuje, że nie należy utożsamiać jej z pobłażliwością czy brakiem ambicji. To ważne, bo pozwala wyjść z fałszywego wyboru: albo jestem dla siebie wymagająca, albo stoję w miejscu. Istnieje trzecia możliwość. Mogę się rozwijać dlatego, że mi na sobie zależy, a nie dlatego, że nie mogę znieść obecnej siebie.
Koszt ciągłego monitorowania siebie
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym w rozwoju osobistym mówi się zdecydowanie za mało: każda praca nad sobą również czegoś od Ciebie wymaga. Potrzebuje czasu, uwagi, energii i przestrzeni mentalnej. Jeżeli jednocześnie próbujesz poprawić sposób odżywiania, sen, sylwetkę, produktywność, finanse, relacje, regulację emocji, poranną rutynę i pięć nawyków, nie masz przed sobą jednej zmiany. Masz cały system projektów konkurujących o te same zasoby. Dlatego pytanie „Czy ta zmiana byłaby dla mnie dobra?” nie zawsze wystarcza. Wiele zmian byłoby dla nas dobrych. Bardziej użyteczne może być pytanie: „Czy właśnie na tę zmianę chcę teraz przeznaczyć swoje zasoby?”. Możliwe, że odpowiedź brzmi „tak”. Ale równie dobrze może brzmieć: „tak, tylko nie teraz”. To nie jest porażka. To priorytetyzacja. Jeżeli wszystko jest obszarem do pracy, wszystko zaczyna walczyć o Twoją uwagę. A wtedy można dojść do paradoksalnego miejsca, w którym ogromną część energii przeznaczasz nie na życie, ale na ciągłe zarządzanie sobą.
Nie wszystko musi być zaakceptowane. Ale nie wszystko musi być naprawione
Rozwiązaniem nie jest więc stwierdzenie: „Taka już jestem i niczego nie będę zmieniać”. Są zachowania, schematy i sytuacje, które realnie nam szkodzą. Są rzeczy, za które trzeba wziąć odpowiedzialność. Są umiejętności, których warto się nauczyć. Są cele, które naprawdę chcemy osiągnąć. Ale pomiędzy „muszę to naprawić” a „niczego nie zmieniam” istnieje dużo przestrzeni. Możesz zacząć dzielić rzeczy na trzy kategorie: zmieniam, akceptuję, zostawiam w spokoju. „Zmieniam” oznacza: to rzeczywiście mi nie służy, jest dla mnie ważne i świadomie chcę przeznaczyć na to swoje zasoby. „Akceptuję” oznacza: może nie jest to moja ulubiona część siebie, ale nie chcę już prowadzić z nią codziennej wojny. „Zostawiam w spokoju” oznacza: nie muszę teraz podejmować wobec tego żadnej decyzji. Nie wszystko musi zostać zaakceptowane na zawsze. Nie wszystko musi zostać zmienione natychmiast. Czasami najbardziej rozsądną decyzją jest po prostu przestać się czymś zajmować.
Zrób audyt swojej listy „do poprawienia”
Jeśli chcesz przełożyć ten tekst na coś praktycznego, spróbuj prostego ćwiczenia. Wypisz kilka rzeczy, nad którymi obecnie próbujesz „pracować”. Nie tylko duże cele. Dopisz również te drobne wymagania, które regularnie pojawiają się w Twojej głowie: powinnam częściej ćwiczyć, mniej siedzieć w telefonie, więcej czytać, lepiej wyglądać, wcześniej chodzić spać, być bardziej konsekwentna, spokojniejsza, bardziej produktywna. A potem przy każdej z nich zatrzymaj się i zapytaj: „Czy ja naprawdę chcę tej zmiany?”, „Czy to realnie wpływa na jakość mojego życia?”, „Co się stanie, jeśli przez najbliższe trzy miesiące nic z tym nie zrobię?”, „Czy jest to mój obecny priorytet, czy po prostu kolejna rzecz, którą uznałam za swoją wadę?”. Dopiero później zdecyduj: zmieniam, akceptuję czy zostawiam w spokoju. I nie próbuj koniecznie wypełnić każdej kategorii. To nie jest kolejna lista rozwojowa, którą trzeba wykonać perfekcyjnie.
Możesz się rozwijać i jednocześnie przestać traktować siebie jak projekt
Nie musisz wybierać pomiędzy rozwojem a akceptacją siebie. Możesz mieć cele. Możesz być ambitna. Możesz zmieniać nawyki, uczyć się nowych rzeczy, korzystać z terapii, czytać, trenować i budować życie, które bardziej Ci odpowiada. Ale rozwój nie musi zaczynać się od zdania: „Obecna ja jest niewystarczająca”. Być może zdrowszym punktem wyjścia jest: „Jestem tutaj. Taka jestem dzisiaj. Co z tego miejsca naprawdę chcę zrobić dalej?”. Wtedy rozwój przestaje być wyścigiem do wersji siebie, która kiedyś wreszcie zasłuży na akceptację. Staje się wyborem kierunku. A czasami świadomym wyborem może być również to, że dzisiaj nie pracujesz nad sobą. Nie medytujesz. Nie czytasz kolejnej książki. Nie analizujesz następnego schematu. Nie próbujesz wykorzystać wieczoru najlepiej, jak się da. Po prostu żyjesz. I może właśnie tego nie trzeba już poprawiać.
Zatrzymaj się dziś przy jednym pytaniu: gdybyś nie musiała stawać się „lepszą wersją siebie”, którą z rzeczy, nad którymi obecnie pracujesz, nadal naprawdę chciałabyś zmienić?